środa, 21 października 2009

Wszystkie koty są ... nasze

To Piotruś - kocurek z tekstu poniżej, ten właśnie, który używaniem mózgu się nie pokalał. No i mój wirtualny podopieczny :-))

Coś z porannej poczty... Newsletter - Koty w potrzebie.
Pozwoliłam sobie skopiować, bo co tu opowiadać? Znam te koty, znam właścicielkę i znam kocurka, który raczej nie myśli, bo to mój wirtualny podopieczny. Może znam, to zbyt dużo powiedziane, ale kontakty wirtualne utrzymujemy nieustająco. Docierają do mnie informacje z kociego frontu, fotki, a także newslettery, których czasem boję się czytać. Dziś dało się to czytać, więc wnikliwej lekturze polecam.


"W naszych domach tymczasowych i u karmicielek w zasadzie nic się nie zmienia - jak zawsze zbyt wiele kotów, zbyt dużo chorób, zbyt mało nowych domów i funduszy... Czyli wszystko po staremu :(
Właśnie o jednym z takich zwykłych poranków w pewnym bardzo zakoconym domu chcielibyśmy dziś Państwu opowiedzieć...

Otwieram oczy.
Obudziły mnie - jak zwykle - łaskotaniem wąsy małej czarnej Królewny Busi. Ich właścicielka co rano uparcie pakuje mi swój pyszczek prosto do ust, nieświadoma prawdopodobnie efektu, jaki owe wąsy wywołują - a może wręcz przeciwnie, w pełni świadoma i bardzo sprytna;) ? Wygłaskuję i wycałowuję ukochanego upierdliwca, wstaję z łóżka, wychodzę z pokoju...
No tak, a za drzwiami naszego sypialnianego azylu jak zawsze oczekuje na mnie ponura codzienność. Na jasnej terakocie unoszą się kłębki czarnego futra. Kto kogo tym razem natłukł i oskalpował: Norysia Duńkę, Tadek Pioplusia, Julian tymczasowiczkę Obamę...? W moim stadzie trudno byłoby każdorazowo identyfikować ofiary (o sprawcach nie wspominając: tutaj niezbędne byłyby zeznania naocznych świadków, a ci jak wiadomo nie potrafią wypowiedzieć się w wystarczająco zrozumiały dla ludzkiej Policji sposób), ponieważ większość domowników jest czarna i ciemnobura, bielą wyróżnia się właściwie tylko krówka Norcia.
Podnoszę z podłogi kłaki, podążam w kierunku łazienki z zamiarem wyczyszczenia kuwet... Niestety, nie mogę od razu zająć się kuwetami, ponieważ po drodze zatrzymuje mnie wiadomego pochodzenia fetor, dolatujący sprzed drzwi wejściowych. Julek ty draniu, ubiję cię, który to już raz, moja cierpliwość wreszcie się skończy !!! Miska z Ajaxem, szmata, na klęczkach szorowanie podłogi i progu, za drzwiami wejściowymi oczywiście druga połowa wonnej kałuży... Nie chciałabym mieć takiej sąsiadki jak ja: żyłabym z nią w stanie wojny, być może nawet pisałabym skargi do administratora. Ludzie z naprzeciwka są naprawdę święci, że jeszcze ani razu nie zrobili mi awantury za te śmierdzące kałuże - no tak, pewnie domyślają się, że to nie ja jestem bezpośrednią winowajczynią ;), dobre i to - ale i tak strasznie mi wstyd. Pewnie zastanawiają się, co ja przy TAKICH kotach muszę mieć w domu...
Kiedyś byłam marzycielką i idealistką, m.in. w kwestiach dotyczących współzamieszkania z kocimi domownikami. Niestety, dane mi to było tylko do czasu, kiedy to maleńkie (przygarnięte jako 5-tygodniowy kociak i szatańsko niedobre od samego początku) niepozorne pasiaste Julisiątko z piekła rodem zaczęło w brutalny sposób przywoływać mnie do rzeczywistości.
Poruszając się po mieszkaniu, muszę być nader uważna, ponieważ bardzo często plącze mi się pod nogami Bidzia - następna czarna Królewna, moje koślawe Nieszczęście z Korabiewic. Bidusia to kolejny kot, który kocha mnie na śmierć i życie i najchętniej nie odstępowałby mnie ani na krok: do tego stopnia, że zwykła np. ocierać się o odkurzacz i mruczeć w ekstazie podczas kiedy sprzątam - no tak, wtedy ma mnie na wyłączność, przecież cała reszta stada wszelkich kontaktów z odkurzaczem (jak to większość normalnych kotów) zdecydowanie unika. Staram się chodzić szczególnie ostrożnie na przykład wtedy, kiedy trzymam w ręku kubek z gorącą herbatą czy kawą - i to wcale nie tylko ze względu na kuśtykającą tuż przy moich nogach Królewnę.
Przedstawiciele tak zwanej młodzieży ('tak zwanej', ponieważ są to koty w wieku od mniej więcej dwóch do trzech i pół roku - chodzi mi raczej o iście młodociany stan ich umysłów ;)), czyli Duńka, Maciek, Piopluś i Obamka, potrafią bawić się razem dosłownie do upadłego, tj. zdarza im się przymusowo zatrzymywać w szalonym pędzie dopiero w chwili, kiedy niechcący wpadną na jakąś stawiającą opór (czytaj: niedającą się po drodze stratować) przeszkodę, taką jak na przykład potrącona i przestraszona, usiłująca zachować równowagę Pańcia. Kiedy jem śniadanie lub jakikolwiek inny posiłek, bywam z kolei narażona na dosyć uciążliwe 'dowody miłości' naczelnego (też czarnego, a jakże;)) spaślaka - Ropuszka. Już jako dwu- czy trzymiesięczne kociątko, odkąd tylko z nami zamieszkał, upodobał sobie asystowanie mi przy jedzeniu, a jako że od samego początku był stworzeniem nieco niezdarnym, pewnego razu zdarzyło mu się na przykład... wpaść mi prosto do talerza z gorącą zupą pomidorową. Przeżył, uszedł cało (jakimś cudem wcale się nie poparzywszy) i w międzyczasie (ma już ponad cztery lata) nawet znacznie zmądrzał - niemniej jednak... Natrętnie barankuje dłoń trzymającą kubek z wrzątkiem albo widelec, macza ogon w zupie/herbacie/kawie, potrafi ułożyć się samym zadem prosto na kanapce z serkiem topionym lub dżemem... Wszystko to robi, wymownie spoglądając mi w oczy swoimi wielkimi pięknymi ślepiami i błogo mrucząc.
Przy zmywaniu jestem zmuszona uważać na Nuśkę, która wprost uwielbia włazić do zlewu z brudnymi naczyniami, prawie że pod strumień bieżącej wody i z tej pozycji, zupełnie nie zważając na fakt, iż moknie, z całej siły bodzie mnie łebkiem w dłonie albo peelinguje je szorstkim językiem ;)
W dni powszednie co rano zazwyczaj haniebnie zasypiam i co za tym idzie, na zbytki typu śniadanie czy kawa absolutnie nie mam czasu. Po posprzątaniu kuwet, usunięciu co dotkliwszych śladów nocnych kocich rozrywek, napełnieniu misek, kąpieli (mojej, nie kotów;)), ubraniu się i zrobieniu make-up`u nadchodzi wreszcie moment, kiedy nieodwołalnie już trzeba wyjść z domu. Miotam się pomiędzy pokojem a korytarzem, zbierając po kolei: torebkę, sweter/kurtkę, apaszkę, torbę z jedzeniem do pracy, pasek do spodni, telefon... Otwieram drzwi, wchodzę, wychodzę, zamykam... NIEEE, STOP, nie zamykam, nie mogę: najpierw muszę usunąć spomiędzy framugi a domykanych drzwi drobną pazurzastą łapkę mojego najmłodszego kocurka Piotrusia. O Plusiu i jego małym rozumku (o ile w ogóle Pluś cokolwiek takiego posiada;)) można byłoby napisać pracę naukową;) Otóż jedną z najbardziej charakterystycznych cech tego uroczego zwierzątka jest mrożące krew w żyłach gapiostwo, co i rusz narażające Pluszaka - nawet w cieplarnianych domowych warunkach - albo wprost na niechybną śmierć, albo przynajmniej (jak w opisanym wyżej przypadku) na dotkliwy ból i a nuż trwałe kalectwo.
Odsuwam łaszącą się Tadźkę od torebki, przepraszam tańczącego mi wokół nóg Macieja za brak czasu, daję Liszkowi buziaka w czółko na do widzenia... Wychodzę, zamykam za sobą drzwi, uff...
Naprawdę, nie mogę się sobie nadziwić, że tak często zdarza mi się w pracy, siedząc za biurkiem w spokoju, w cywilizowanym towarzystwie i w nienarażonym na żadne nagłe kataklizmy otoczeniu... tak często zdarza mi się tęsknić za moimi ogoniastymi współlokatorami, od których zdołałam się na trochę uwolnić zaledwie kilka godzin temu ;) "


I na koniec Jeszcze, gdzie można zajrzeć i wesprzeć:

koty - sos
akcja na rzecz kotów bezdomnych i wolnożyjących pod patronatem
Fundacji Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt - Viva!
Bank DnB NORD Polska S.A.
49 1370 1109 0000 1706 4838 7303
www.dotpay.pl
www.paypal.com
www.allegro.pl

1 komentarz:

  1. Witam serdecznie. Podziwiam takie osoby (jak w powyższym tekście) które posiadają więcej niż jednego kota i to nie zakłóca zbytnio rytmu ich dnia. Ja mam jednego, chociaż marzy mi się dla niego kolega lub koleżanka. Mój wchodzi do umywalki gdy myję zęby, żeby zobaczyć co ja takiego mam ciekawego hi hi.Pozdrawiam, będę zaglądać :-)

    OdpowiedzUsuń